Zgubiłam SIĘ

Jest źle. Nie ma co malować trawy na zielono. Sypie się wszystko na raz. W dodatku rozwalił się zasilacz do komputera i piszę w telefonie.

Sypie się, bo wreszcie z mojej strony nie ma zgody na skrzywioną rzeczywistość, która pęka w posadach i albo na tych gruzach zbudujemy coś prawdziwego, albo posprzątamy rumowisko i zostanie pustka. Taka funkcja kryzysu – albo będzie rozwój albo zagłada atomowa.

W takim bałaganie życiowym czasem dzieją się z człowiekiem dziwne rzeczy. Ostatnio byliśmy na pokazie tanecznym mojej Ośmioletniej Śmieszki zorganizowanym z okazji zakończenia roku w szkole tańca. Fantastyczna radocha dzieciaków i świetna muzyka dance i hip hop. I nie ważne było, czy układ był zatańczony poprawnie – liczył się fun.

A ja siedziałam i łykałam łzy. I nie były to łzy wzruszenia i dumy z mojego dziecka, tylko bezbrzeżny smutek i jakaś nieokreślona tęsknota za czymś, co minęło. A może nigdy nie mogło w pełni rozkwitnąć i pozostał tylko mglisty cień, jakaś ulotna fala na wodzie, taka jak te, kiedy rzuca się „kaczki” kamieniami.

Jestem żoną i matką. W tych dwóch słowach zawiera się cały ogrom ról, które muszę codziennie odgrywać, żeby ta machina działała w miarę sprawnie. Jestem więc przede wszystkim dyrektorem do spraw wszelakich, dyspozytorem zadań i obowiązków wynikających z założenia rodziny.

Zarządcą finansowym i gastronomicznym, choć rzadko gotuję i w tej kwestii odciąża mnie mój mąż. Jestem stylistką dziecięcą, pielęgniarką, psychoterapeutką, nauczycielką, wychowawczynią i katechetką rodzinną. A także specjalistką od dietetyki w insulinooporności oraz kontrolerem czystości, walczącym beznadziejnie o utrzymanie jakiegokolwiek porządku w tym totalnym chaosie.

Kształcę się ponownie w zakresie rozwoju niemowlęcia i aktualnych trendów w rozszerzaniu diety, fizjoterapii ze specjalnością metoda Vojty i masaż Shantala, bacznie obserwując postępy w terapii asymetrii ułożeniowej i podwyższonego napięcia nerwowego Księciunia.

Bywam fachowcem od zepsutego komputera, funkcji telefonów komórkowych, mistrzynią wypełniania urzędowych druków i khaleesi relacji interpersonalnych w okresie dorastania. Wytrzymywaczką wściekłych ataków i histerii, uspokajaczką skołatanych nerwów i rozjemczynią bitew siostrzanych. I Bóg jeden wie, kim ja jeszcze na co dzień muszę być.

Uświadomiłam sobie po tym pokazie, że w tym wszystkim zapomniałam być sobą i w zasadzie nie wiem już, jaka ja naprawdę jestem, co lubię, czego nie znoszę, jakie mam marzenia.

Spróbowałam sobie przypomnieć najszczęśliwszy, najbardziej swobodny czas mojego życia. Kim wtedy byłam, co lubiłam, z czego się cieszyłam? Wyszło na to, że to było 14 lat temu w klasie maturalnej.

Po najcięższych traumach dzieciństwa i dorastania znalazłam się w bezpiecznym domu mojej babci z dużą swobodą i zakresem wolności. Miałam wspaniałych przyjaciół, prawieżenarzeczonego i mnóstwo chęci do życia. Po wcześniejszej walce z depresją wychodziłam na prostą. Kochałam taniec, muzykę, historię, literaturę i tego, który parę miesięcy później został moim mężem. Życie było intensywne i radosne. Również po ślubie i urodzeniu pierwszej córki jeszcze żyłam. Chodziliśmy potańczyć, spotykaliśmy się z przyjaciółmi, wyjeżdzalismy nad jezioro w spartańskie warunki. Jeszcze wiedziałam, co mi w duszy gra.

Potem, jak to mówi moja Nastolatka, coś nie pykło i wpadłam w wir zapominając zupełnie, co mam w środku. Efekt jest dziś taki, że zamiast kobietą, czasem czuję się robotem wielofunkcyjnym. W moim domu panuje niczym nieuzasadniona cisza, nie gra muzyka, którą lubię. Nawet książki nie chcą się czytać. Marazm. Byliśmy potańczyć w lutym. Czułam się wtedy choć przez chwilę, jakbym odzyskała dawną siebie.

Rzadko pozwalam sobie na luz, bo przecież przy dzieciach trzeba być dorosłym rodzicem.

Energetyczna muzyka i widok tańczących dzieci wyzwoliły we mnie tęsknotę za tamtą mną. Za tą dziewiętnastoletnią dziewczyną, która potrafiła cieszyć się życiem.

Wiem, że ona gdzieś w środku jest i czeka. Czeka na obudzenie. Czasem na chwilę się ocknie i wtedy wygłupia się przed lustrem albo tańczy w kuchni.

W środę się odważę i zabiorę ją na zumbę. Pierwszy raz. Może wtedy wróci choć na chwilę i przypomni mi o tym, że jestem człowiekiem, kobietą, życiem. Nie wielofunkcjonalną maszyną ale tętniącą życiem istotą. I nie ważne, że pomylę kroki. Ważne, żeby zrobić ten pierwszy, by wreszcie SIĘ odnaleźć na nowo.

Pozdrawiam Cię serdecznie i do poczytania!

😀

You may also like

3 komentarze

  1. A nie jest to jakiś kryzys wieku pół-średniego? Albo tętno zakodowanego w dzieciństwie na dnie serca smutek – ?

  2. Pięknie piszesz. Może trzymaj się tego. Ale zumba też jest OK. Coś dla duszy i coś dla ciała. A jak nie pomoże, to może psychoterapia?

  3. Św. Jan tak karmi nas utrudzonych: „W ostatnim zaś, najbardziej uroczystym dniu święta [Święta Namiotów], Jezus stojąc zawołał donośnym głosem: A powiedział to o Duchu, którego mieli otrzymać wierzący w Niego…”
    Skoro się zgubiłaś ( nie Ty jedna przecież), niech Cię odnajdzie i poprowadzi Miłość Ojca i Syna, tj. Duch święty. Życzę Ci z całej duszy radości. Zostań z Bogiem!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.