Marzenia świeckiego teologa

Trawiło się trzy dni. Nie wiedziałam, co zrobić – obejrzeć, czy nie obejrzeć? Czy ja to zniosę? Czy dam radę emocjonalnie się z tym zmierzyć? Psychika czasem płata figle i buduje w głowie mur obronny, żeby nie widzieć. Bo nie zobaczyć jest łatwiej.

Sobota

Wiem, że się pojawił. Nie chcę w ogóle tam zaglądać.

Niedziela Dobrego, o słodka ironio, Pasterza.

Ksiądz wikariusz w parafii ma minę, jakby mu ktoś umarł. Kazanie okolicznościowo głosi rektor seminarium duchownego Archidiecezji Gdańskiej. Znam, znam, był u nas gościnnie na Ex Universa, składał wtedy życzenia świąteczne, bo opłatek był. Bywałam w seminaryjnej bibliotece, kocham mega wyrozumiałą panią, która tam pracuje. Szanuję chłopaków, co się tam zamknęli, by się przygotowywać. No i rektor ma w kazaniu prosić o wsparcie dla seminarium. Czekam, kiedy padną słowa kluczowe: pieniądze, ofiara materialna, wsparcie, zbiórka. Wszak seminarium utrzymuje się z tego, co dostanie od ludzi. Nie padły. Piękne kazanie o ważności modlitwy za kleryków. Szacun, księże Krzysztofie. Wybrnął ksiądz z tej sytuacji po mistrzowsku. Dopiero teraz uświadamiam sobie, jak trudne to musiało być.

Poniedziałek

Setki komentarzy, lawina hejtu z obu stron barykady. Opinie do opinii i kontropinie do kontrkomentarzy. Burza medialna. Wszędzie. Na szczęście nie oglądam telewizji. Chyba bym zwariowała.

Wtorek.

To samo, co w poniedziałek. Wyparcie.

Środa.

Wewnętrzny niepokój. Co z tego, że masz na ten temat wyrobione zdanie. Nie uciekaj. Trzeba się z tym zmierzyć, bo nie wolno wypowiadać się o czymś, czego się nie widziało.

Wieczór. Oglądam. Z każdą minutą wrze we mnie coraz bardziej. Boli coraz mocniej. Złość, smutek, wściekłość, żal, bunt, wstyd – cała gama uczuć. Gore, gore, gore!!!

Czwartek.

Refleksja, ból, nie mogę sobie znaleźć miejsca, rozsadza mnie od środka. Włączam się w dyskusje internetowe. Nie wierzę własnym oczom, gdy widzę, co wrzucają niektórzy wierzący znajomi. Nagonka, atak na Kościół, wina SB, a w innych zawodach to tego jest więcej, a u Żydów to wszystko kryją, a u nas to chociaż czasem sprawa do sądu trafi.

Klnę, choć miałam tego nie robić. Krzyczę w środku. Nie mogę i nie chcę w to wierzyć. Czytam o komentarzu arcybiskupa Sławoja G. i rzygać mi się chce. Czytam komentarz o. Knabita i rzygać mi się chce. Nie zdzierżę, normalnie nie zdzierżę, zabierzcie mnie stąd!

Wieczór. Refleksja po dyskusji, w której zgodziłam się z adwersarzem, mimo, że byłam innego zdania. Pytanie – co można zrobić, żeby było lepiej? Jakie są marzenia zbolałego świeckiego teologa, katoliczki, matki dzieciom?

Marzy mi się Kościół, w którym ofiara może przyjść do odpowiedniej osoby od razu i powiedzieć kto, gdzie i kiedy. A gdy przyjdzie, zostanie potraktowana poważnie.

Marzy mi się Kościół, w którym po zgłoszeniu, sprawa od razu trafi do biskupa miejsca a ten rozpocznie niezwłocznie postępowanie kanoniczne. Zgłoszenie też od razu znajdzie się w prokuraturze, zanim jeszcze trafi do biskupa.

Marzy mi się Kościół, w którym ksiądz, którego dotyczy zgłoszenie, znajdzie się od razu na oficjalnie dostępnej i aktualizowanej na bieżąco liście osób duchownych z odpowiednim statusem w zależności od etapu postępowania: zgłoszono do organów ścigania, wszczęto postępowanie/odmówiono z braku wiarygodności, postępowanie umorzone, ksiądz uniewinniony/skazany plus treść i uzasadnienie wyroku, ksiądz odsunięty z kapłaństwa/odesłany do takiej a takiej placówki.

Marzy mi się Kościół, w którym przy każdej parafii będzie rada parafialna, która będzie obiektywnie i bezstronnie patrzeć kapłanom na ręce – to świeccy będą przyjmować takie zgłoszenia i kontaktować się z kurią. To oni wysłuchają ofiary i skierują sprawę do organów ścigania. To oni będą kontrolować przejrzystość finansową parafii i wspierać parafian w konfliktach z proboszczem czy wikarym. W końcu to oni będą weryfikować, kogo do parafii się zaprasza – czy przypadkiem nie ma delikwenta na liście, o której pisałam. Będą mieli głos w sprawie jakości liturgii, działalności duszpasterskiej, grup w parafii – słowem wszystkiego, co się dzieje na ich własnym podwórku.

Marzy mi się Kościół, który każdego bez wyjątku księdza, któremu udowodniono przestępstwo seksualne na kimkolwiek, po odsiedzeniu surowego wyroku, będzie przenosił do zamkniętych klasztorów klauzurowych o surowych regułach, gdzie do końca życia taki ktoś będzie się jedynie modlił i uprawiał ogródek. Bez kontaktu z wiernymi, bez hasania sobie po Polsce i głoszenia samopas rekolekcji bez żadnej kontroli. Odejście do stanu świeckiego nic nie zmieni – ten człowiek będzie miał bowiem jeszcze więcej okazji do kontaktu z dziećmi! Jeśli jednak już zostanie mu odebrany przywilej bycia czynnym kapłanem, wówczas państwo powinno zadbać o jego skuteczną kontrolę.

Marzy mi się Kościół, w którym biskup jest blisko ludzi i ich problemów. W którym hierarchowie nie mieszkają w pałacach, nie pławią się w luksusach, nie posiadają wielkich majątków i nie czują się dzięki temu udzielnymi władcami niczym feudalni panowie w średniowieczu. Nie mówię, że mają klepać biedę i jeździć rowerem, gdyż, jak to ktoś ładnie kiedyś ujął, „ubóstwo to nie dziadostwo”. Chodzi o umiar, którego brakuje. O zamknięte twierdze, w których jak potrzeba, nikogo nie ma, a drzwi zamknięte na klucz. Może mniej obstawiania pierdyliarda uroczystości politycznych a więcej siedzenia na szanownych siedzeniach w kurii i przyjmowania ludzi z ich problemami?

Marzy mi się Kościół oczyszczony z fałszywych pasterzy, którzy przychodzą tylko kraść i niszczyć. Oczyszczony z biskupów, którzy tuszowali, wysyłali na inne parafie, ukrywali, zezwalali na niepojętą krzywdę dzieci. Oczyszczony z hierarchów bratających się za bardzo z politykami, prowadzących biznesy, lewe interesy, mających podejrzane konszachty. Oczyszczony z hierarchów i zwykłych kapłanów, którzy zaprzedali swoje kapłaństwo komunistycznym służbom bezpieczeństwa, którzy donosili, narażali wiernych a dzisiaj nadal siedzą na swoich tronach i udają, że nic się nie stało.

Marzy mi się Kościół, w którym wierni w diecezji mają wpływ na to, kto będzie ich biskupem. Nie wiem, jak to zrobić, ale tak być powinno! Mamy dość wsadzania do diecezji ludzi, na których nie mamy wpływu, a za których musimy publicznie się wstydzić. Bo w przypadku wszelkiego syfu to wierni świeccy obrywają najmocniej – to my się tłumaczymy wśród znajomych, w zakładach pracy. To my spuszczamy ze wstydem głowy i bywamy w sieci wyzywani od zwolenników pedofilii, bo nadal wierzymy i praktykujemy, bo dajemy na tacę, bo po prostu jesteśmy Kościołem i chcemy nim zostać.

Marzy mi się Kościół, w którym księża głoszą Ewangelię i uczą ludzi, jak budować głęboką duchowość, głęboką relację z Chrystusem, pokazując, że moralność jest konsekwencją miłości a chrześcijaństwo to nie system etyczno-polityczno- gospodarczy związany z jedyną słuszną partią, tylko osobowa relacja z Trójjedynym Bogiem. Taki, w którym nie będziemy siedzieć jak w oblężonej twierdzy, którą atakują wrogowie, a zaczniemy walczyć świadectwem głębokiego życia wewnętrznego, miłości i rozsądnego uzasadniania własnej wiary. Nie krzykiem, a wiedzą, wiarą i świadectwem. Taki, w którym z innowiercą pójdziemy na kawę a nie oplujemy go w Internecie. Taki, w którym nie przestraszy nas żadna obca ideologia, bo będziemy pewni tego, w co wierzymy i komu zaufaliśmy. Taki, w którym z miłością będziemy mogli pogadać i z ateistą, i homoseksualistą, i z Żydem, i muzułmaninem, jasno deklarując swoją wiarę, mówiąc o niej z radością, pokazując, że daje nam życie. Rozmawiać a nie obrażać. Ewangelizować a nie palić na stosach. Szanować człowieka, mówiąc jasno, że dla nas pewne rzeczy są grzechem, bo kochamy Boga i Jego Słowo prowadzi nas przez życie. A jeśli ty, bracie żyjesz w grzechu to spróbuj żyć inaczej – bo to daje szczęście, bo Bóg stworzył Cię do piękna i dobra, do miłości agape, do radości i wolności. Jeśli jednak nie chcesz, to będę się za Ciebie modlił, aby wzmocniła się Twoja dusza.

Tylko tyle i aż tyle. A może i więcej marzeń by się znalazło ale jeszcze się nie wyśniły. A te – no cóż, pewnie się nie spełnią, ale za marzenia jeszcze nikt nie wsadza do więzienia 🙂

Pozdrawiam Cię serdecznie i do poczytania!

😀

 

You may also like

4 komentarze

  1. Marzenia świeckiego teologa -dziękuję! Twoje marzenia są także moimi marzeniami. Jednak módlmy się o światło: jak je urzeczywistnić? Jeśli marzenia pozostają tylko marzeniami- to totalnie za mało…

    1. Moje marzenia są podobne. Dlatego napisałem poniższy artykuł.

      O niezależność rad parafialnych

      Klerykalizm Kościoła w Polsce jest faktem. Wszystkie kierownicze funkcje pełnią księża, oni o wszystkim decydują; świeccy mają co najwyżej głos doradczy. Tak też jest w radach parafialnych: proboszcz organizuje wybory do nich, ma wpływ na ich skład, zwołuje zebrania, ustala tematy obrad i kieruje ich przebiegiem. W ten sposób księża ponoszą całkowitą odpowiedzialność za to, co dzieje się w Kościele, ponieważ kto nie ma władzy, ten nie ponosi też odpowiedzialności – tak, jak świeccy. W pewnym sensie tak jest wygodnie dla obu stron: dla księży, ponieważ nie muszą pytać o czyjeś zdanie, nie muszą się do niego dostosowywać czy też wyważać różnych racji. Dla świeckich – przynajmniej niektórych – też jest to wygodne, ponieważ zrzucają z siebie odpowiedzialność i nie muszą się wysilać. Panuje więc dość powszechne przekonanie, że Kościół to księża.
      A jednak nie jest to zdrowa postawa. Przede wszystkim brak tu kształtowania postawy wolności. Nie uczy się świeckich odwagi, asertywności, wyrażania własnego zdania; uczy się posłuszeństwa i bierności: niech inni za mnie decydują. Można jednak powiedzieć, że jest to poniżanie ich godności, zgodnie z tym, co napisał Stephen Covey: „Poniżamy i obrażamy ludzi, gdy traktujemy ich jak kogoś innego niż odpowiedzialnego i podejmującego decyzje człowieka” (Covey, 8 nawyk, s. 286). – Czy księża traktują tak świeckich? Pomimo wszelkich osobistych zalet wielu księży, trzeba powiedzieć, że tak jest to ustanowione instytucjonalnie. Świeccy o niczym nie decydują i za nic nie odpowiadają.
      Co można zrobić? Proponuję uniezależnienie rad parafialnych. Powinny być reprezentacją świeckich parafian, a nie organem doradczym proboszcza, całkowicie uzależnionym od niego.
      Jak to zrobić? Nie widzę innego wyjścia, jak uzyskanie zgody hierarchii, czyli miejscowego biskupa, na organizację takich rad w diecezji. Co więcej, to właściwie tylko proboszcz może ogłosić, że świeccy mogą taką radę zorganizować, podać termin pierwszego spotkania oraz udostępnić salę. I na tym jego rola się kończy. Świeccy sami powinni się zebrać, wybrać przewodniczącego, prowadzić obrady i informować proboszcza o ich wyniku. Proboszcz nie musi być na tych zebraniach obecny, chyba że świeccy go zaproszą.
      Druga sprawa to ustalenie uprawnień takiej rady. Jest to kwestia do negocjacji. Ustalić należałoby:
       w jakich sprawach może decydować tylko proboszcz, albo tylko rada, a druga strona musi się do tego dostosować,
       o jakich decyzjach muszą się wzajemnie informować, ale nie muszą pytać o zgodę,
       czego nie mogą sami ustalić bez zgody drugiej strony.
      W szczególności zadaniem takiej rady byłoby przekazywanie proboszczowi opinii i postulatów parafian.
      Czy księża zgodzą się na powstanie takiej instytucji, której nie będą kontrolowali i z którą będą musieli się liczyć? Jeżeli zależy im bardziej na dobru Kościoła niż na utrzymywaniu wygodnej pozycji, to tak.

  2. Piękne marzenia, tylko chyba nierealne.
    A co do filmu – oglądałem w Czwartek, więc z mediów mniej-więcej wiedziałem, co w nim jest. Wrażenie duże, ale bardziej szkodzą reakcje biskupów (uciekanie przed dziennikarzami, teksty typu „nie oglądam byle czego”. Na widok biskupa Jędraszewskiego czy ks. Rydzyka dochodzę do wniosku „Mówię Kościół – myślę Tytanic”.
    Pozdrawiam.

  3. Mam podobne marzenia, stąd poniższy tekst.

    O niezależność rad parafialnych

    Klerykalizm Kościoła w Polsce jest faktem. Wszystkie kierownicze funkcje pełnią księża, oni o wszystkim decydują; świeccy mają co najwyżej głos doradczy. Tak też jest w radach parafialnych: proboszcz organizuje wybory do nich, ma wpływ na ich skład, zwołuje zebrania, ustala tematy obrad i kieruje ich przebiegiem. W ten sposób księża ponoszą całkowitą odpowiedzialność za to, co dzieje się w Kościele, ponieważ kto nie ma władzy, ten nie ponosi też odpowiedzialności – tak, jak świeccy. W pewnym sensie tak jest wygodnie dla obu stron: dla księży, ponieważ nie muszą pytać o czyjeś zdanie, nie muszą się do niego dostosowywać czy też wyważać różnych racji. Dla świeckich – przynajmniej niektórych – też jest to wygodne, ponieważ zrzucają z siebie odpowiedzialność i nie muszą się wysilać. Panuje więc dość powszechne przekonanie, że Kościół to księża.
    A jednak nie jest to zdrowa postawa. Przede wszystkim brak tu kształtowania postawy wolności. Nie uczy się świeckich odwagi, asertywności, wyrażania własnego zdania; uczy się posłuszeństwa i bierności: niech inni za mnie decydują. Można jednak powiedzieć, że jest to poniżanie ich godności, zgodnie z tym, co napisał Stephen Covey: „Poniżamy i obrażamy ludzi, gdy traktujemy ich jak kogoś innego niż odpowiedzialnego i podejmującego decyzje człowieka” (Covey, 8 nawyk, s. 286). – Czy księża traktują tak świeckich? Pomimo wszelkich osobistych zalet wielu księży, trzeba powiedzieć, że tak jest to ustanowione instytucjonalnie. Świeccy o niczym nie decydują i za nic nie odpowiadają.
    Co można zrobić? Proponuję uniezależnienie rad parafialnych. Powinny być reprezentacją świeckich parafian, a nie organem doradczym proboszcza, całkowicie uzależnionym od niego.
    Jak to zrobić? Nie widzę innego wyjścia, jak uzyskanie zgody hierarchii, czyli miejscowego biskupa, na organizację takich rad w diecezji. Co więcej, to właściwie tylko proboszcz może ogłosić, że świeccy mogą taką radę zorganizować, podać termin pierwszego spotkania oraz udostępnić salę. I na tym jego rola się kończy. Świeccy sami powinni się zebrać, wybrać przewodniczącego, prowadzić obrady i informować proboszcza o ich wyniku. Proboszcz nie musi być na tych zebraniach obecny, chyba że świeccy go zaproszą.
    Druga sprawa to ustalenie uprawnień takiej rady. Jest to kwestia do negocjacji. Ustalić należałoby:
     w jakich sprawach może decydować tylko proboszcz, albo tylko rada, a druga strona musi się do tego dostosować,
     o jakich decyzjach muszą się wzajemnie informować, ale nie muszą pytać o zgodę,
     czego nie mogą sami ustalić bez zgody drugiej strony.
    W szczególności zadaniem takiej rady byłoby przekazywanie proboszczowi opinii i postulatów parafian.
    Czy księża zgodzą się na powstanie takiej instytucji, której nie będą kontrolowali i z którą będą musieli się liczyć? Jeżeli zależy im bardziej na dobru Kościoła niż na utrzymywaniu wygodnej pozycji, to tak.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.