Modlitwa w codzienności. Refleksja po kwietniowym spotkaniu w ICFD w Gdyni z Chrześcijańską Mamą i rekolekcjach DK.

Kochani!

Strasznie długo mnie nie było. Dużo się działo przez ostatni czas. To był okres niezwykle owocny, ale i bardzo trudny. Ostatni wpis powstawał w drodze na spotkanie z Mają i s. Joanną Orpel w ICFD w Gdyni. Publikowałam go dosłownie pod ośrodkiem jezuitów :D. Dziś wracam do tego spotkania z  pogłębioną refleksją po rekolekcjach Domowego Kościoła, które wraz z mężem i dziećmi przeżywaliśmy w Straszynie k. Gdańska.

Kilka zdjęć z tego uroczego miejsca made by mój Mąż:

Piękna okolica, super ludzie, bogaty program i my… chorzy. Chory jechał już tam mój mąż i Szalona Nastolatka. Na miejscu potężnie chwyciło czteromiesięcznego Księciunia i mnie. Koszmar.

Rekolekcje o Zobowiązaniach, czyli bolączce większości (jak się okazało) małżeństw na tych rekolekcjach. Osobisty Namiot Spotkania, modlitwa małżeńska i rodzinna, comiesięczny dialog małżonków, regularne czytanie Pisma Świętego, reguła życia i coroczne rekolekcje. Zobowiązania… jakże bliski temat temu, co było na spotkaniu kobiet w ICFD.

Wszystko, co usłyszałam i przeżyłam w środę na spotkaniu tętniło mi w głowie podczas trwania rekolekcji, które rozpoczęły się jeszcze w tym samym tygodniu w sobotę.

Pierwszy dzień (niedziela) był poświęcony czytaniu Pisma Świętego, drugi zaś Namiotowi Spotkania.

Dla niewtajemniczonych – Namiot Spotkania to praktyka piętnastominutowej (co najmniej) modlitwy osobistej w oparciu o fragment Pisma Świętego. Najczęściej bierzemy Ewangelię z dnia i medytujemy nad nią dowolną metodą, choć zalecane jest Lectio Divina, które do mnie nijak nie przemawia :D.

I cóż za fragment dostajemy do rozważenia w poniedziałek??? No śmiech na sali – oczywiście, jak zawsze, ten o namiocie z Księgi Wyjścia (Wj 33, 1 -11). No i mam deja vu – przecież ja ten fragment medytowałam w kaplicy na spotkaniu w ICFD. Jak cudowna była ta medytacja prowadzona przez siostrę Asię.  Pan pokazał mi moje idealistyczne pragnienie wspaniałego miejsca modlitwy w Parku Wejherowskim na zielonej trawce, które, jak się okazało, miało się kompletnie rozminąć z rzeczywistością, która mnie czekała po powrocie z rekolekcji, ale o tym za chwilę.

Myślę sobie – cóż więcej ponad to, co doświadczyłam, może mi się jeszcze przydarzyć w związku z tym fragmentem, brzydko mówiąc „mielonym” już tyle razy przez blisko dziewięć lat we wspólnocie??? Słowo Boże jest jednak fenomenalne i ciągle żywe, wciąż zaskakuje. Moją uwagę już w Straszynie przykuło zdanie: „Ile zaś razy Mojżesz wszedł do namiotu, zstępował słup obłoku i stawał u wejścia do namiotu, i wtedy [Pan] rozmawiał z Mojżeszem.” Bóg wszechmogący, Pan rzeczywistości, zstępuje, gdy człowiek wyraża chęć spotkania z Nim. Nie ciągnie mnie za włosy do modlitwy, ale czeka z przyjściem, aż sama Go zaproszę.

Gdziekolwiek jestem i w jakiejkolwiek jestem sytuacji.

„Czy SMS wystarczy? Modlitwa w rytmie codzienności.” – tak brzmiał tytuł spotkania z Mają w kwietniu. Rozmawiałyśmy o naszym pragnieniu modlitwy dłuższej nieco niż akt strzelisty. O potrzebie relacji z Bogiem. Maja podzieliła się z nami swoim doświadczeniem modlitwy, również tej najtrudniejszej – gdy chcemy wielkich przeżyć duchowych a życie rozsypuje nasze plany i czuwamy przy łóżeczku chorego dziecka. Nie wiedziałam wtedy, że to jej świadectwo będzie dla mnie prorocze…

Wróciło, gdy Księciunio wierzgał przy jedzeniu i na wieczorną modlitwę uwielbienia w środę lub czwartek (już nie pamiętam dokładnie) mogło pójść tylko jedno z nas – ja lub mąż. Padło na niego. Szczęśliwy poleciał do kaplicy a ja zostałam z rozwrzeszczanym Juniorem, rozpaczliwie próbując wcisnąć mu chociaż trochę mleka, co było nie do wykonania, bo gardło widocznie tak go bolało, że o przełykaniu nie było mowy. Historię o trzech czopkach, co to usilnie nie chciały się zainstalować, Wam daruję, bo być może właśnie coś jecie… 😀

Poprosiłam tylko męża, żeby zadzwonił do mnie cichaczem z kaplicy, to będę współuczestniczyć duchowo z wyłączonym mikrofonem. Niestety, mój kochany Synek był głośniejszy od dwudziestu śpiewających ludzi. Zrezygnowana rozłączyłam się i wtedy przypomniałam sobie historię Mai i też to, co czytała na spotkaniu. Przyszedł spokój, pełne zaufanie, że ten mój trud też jest modlitwą – modlitwą codzienności. Modlitwą moich obowiązków, mojej miłości do dziecka, modlitwą obecności przy nim, której najbardziej w tamtym momencie potrzebowało.

Po powrocie było już tylko gorzej, Księciunio zaczął mocno gorączkować. Cztery dni i noce mordęgi, wypluwania syropku przeciwgorączkowego, dziecko gorące jak piec i rozpaczliwa modlitwa różańcowa w środku nocy (a jak ja sięgam po różaniec to, cytując klasyka – „wiedz, że coś się dzieje” 😀 – jest to najmniej lubiana przeze mnie forma modlitwy, ale wtedy chwyciło mnie pragnienie wsparcia Tej, która zniosła tak wiele!). Z marzycielskich planów o spacerkach do parku i modlitwie na łonie natury, jak do tej pory, nic oczywiście nie wyszło. Młody zdrowieje, pogoda do kitu, może jeszcze w tym tysiącleciu się uda :D.

Owszem, SMS nie wystarczy, choć jest bardzo ważny. Dlatego czas rekolekcji był też czasem rachunku sumienia z tego, jakie miejsce w moim domu zajmuje Pismo Święte i modlitwa codzienna. Zdjęcie do tego wpisu jest chyba kwintesencją tego, jak wygląda moja modlitwa w codzienności w tej chwili.

Ołtarzyk został wreszcie wyciągnięty na godne miejsce, gdyż do tej pory stał ładnie ukryty na regale. Kupiłam najładniejszą świecę, jaką udało mi się znaleźć w ciągu półgodzinnego maratonu po galerii handlowej (tylko tyle miałam czasu, bo w samochodzie czekała reszta chorej rodziny – kompletnie wszyscy byliśmy rozłożeni). Nie polecam – świecę się od tej świecy brokatem ja i Księciunio też (ale ja mam słabość do świecidełek, jak każda kobieta).

Ramka codziennie otrzymuje fragment czytania z dnia tak, by każdy w domu miał możliwość zetknięcia się ze Słowem oraz zestaw czytań na dany dzień, co ułatwia nam praktykowanie Namiotu Spotkania.

Ikonę dostaliśmy dawno temu od cudownych ludzi ze Wspólnoty. Miałam duży problem ze znalezieniem profesjonalniej podstawki pod ikonę, która nie kosztowałaby milionów monet, więc kupiłam… podstawkę pod książkę za parę złotych.

Jak widać obok stoi żelazko (nieodłączna broń każdej matki niemowlaka, używana zdecydowanie częściej niż pilniczek czy suszarka do włosów). Pod ręką są też kalendarze (stojący i książkowy), bo bez nich, jako sekretarka pięciu osób, już dawno bym zginęła. A przed komodą stoi kosz Mojżesza, w którym słodko śpi właśnie zdrowy już prawie Księciunio vel Junior vel Dziedzic vel Smrodek vel Fifek vel Misiul vel cokolwiek, co mi przyjdzie do głowy w danym momencie. Dziś nawet wspólnie ze Śmieszką nazwałyśmy go Serdelkowo-Parówkowym Pączusiem.

I tak sobie patrzę często na tę kombinację. A gdy zapalam świecę – czy to przed Namiotem Spotkania, czy modlitwą małżeńską czy rodzinną – myślę sobie: Chryste, przyjdź tu i teraz, i bądź tu ze mną we wszystkim. Czasem wyślę Ci SMSa westchnieniem przy prasowaniu czy przewijaniu, czasem nawet o Tobie nie pomyślę, ale wiem, że jesteś we wszystkim co robię, bo stworzenie modli się do swojego Stwórcy samym swoim istnieniem. A gdy jest chwila ciszy i spokoju, bo dzieci w szkole, mąż w pracy a Księciunio wreszcie zasypia na drzemkę, wtedy zapalam tę świecę, biorę Pismo i już wiem, że Ty, Pan Wszechświata, zstępujesz i rozpościerasz swój namiot nade mną. I wystarczy piętnaście minut a rzeczywistość staje się znośniejsza.

You may also like

1 komentarz

  1. Marzenie jest potrzebne i konieczne, ale aby się ziściło, musi być wsparte działaniem i to bezkompromisowym działaniem! Uważam, że braku odpowiedzialnego działania można i należy zarzucić Karolowi Wojtyle, który jako papież bagatelizował pedofilię wśród kleru. Po prostu nie miał na to czasu, bo cały swój czas i wysiłek koncentrował nie na „służeniu Panu”, a na budowaniu własnej chwały. Oto, co o takich „sługach bożych” pisze Mateusz Ewangelista: Kto tych słów moich słucha – Mt 7, 21-27
    „Jezus powiedział do swoich uczniów: Nie każdy, który Mi mówi: Panie, Panie!, wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie. Wielu powie Mi w owym dniu: Panie, Panie, czy nie prorokowaliśmy mocą Twego imienia i nie wyrzucaliśmy złych duchów mocą Twego imienia, i nie czyniliśmy wielu cudów mocą Twego imienia? Wtedy oświadczę im: Nigdy was nie znałem. Odejdźcie ode Mnie wy, którzy dopuszczacie się nieprawości! Każdego więc, kto tych słów moich słucha i wypełnia je, można porównać z człowiekiem roztropnym, który dom swój zbudował na skale. Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i uderzyły w ten dom. On jednak nie runął, bo na skale był utwierdzony. Każdego zaś, kto tych słów moich słucha, a nie wypełnia ich, można porównać z człowiekiem nierozsądnym, który dom swój zbudował na piasku. Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i rzuciły się na ten dom. I runął, a upadek jego był wielki”.

    „Plewa” w kościele katolickim!?

    „Obchody stulecia urodzin Karola Wojtyły (18 maja 1920 r.) staną się, chcąc nie chcąc, okresem weryfikacji jego mitu” sygnalizuje Krzysztof Mazur w tekście pt.: „Papież w czyśćcu pamięci” („Rzeczpospolita” 18 – 19 maja 2019, str. 4). Niewątpliwie, tekst ten stanowi wstęp do odbrązowienia mitu „świętego”, za jakiego Kościół Katolicki uznał i obwołał Karola Wojtyłę. Jak stwierdza autor: „był on (Wojtyła) wielkim duszpasterzem, ale słabym administratorem. Tak naprawdę nie przywiązywał szczególnej wagi do spraw kurii. Do tego niespecjalnie umiał rządzić ludźmi, był dość łatwowierny, jak się później okazało, nie miał również dobrej ręki do awansów”. To, że Wojtyła „zostawiał sprawy administracyjne urzędnikom w sutannach” jest zrozumiałe i nie może być przedmiotem negatywnej oceny, bo każdy, kto kieruje dużą organizacją, a kościół jest przecież przeogromną organizacją, musi dobierać sobie do pomocy kompetentnych współpracowników oraz odpowiedzialnych realizatorów wypracowywanych kolektywnie koncepcji i wynikających z nich zadań. Natomiast niezrozumiałe i naganne jest to, co stwierdził ks. Adam Boniecki, „że sprawy administracyjne Wojtyły zupełnie nie interesowały”. Gdyby był rzeczywiście „wielkim i dobrym pasterzem dla swych owieczek, to powinien nie tylko karmić je strawą duchową, ale sprawdzać też, czy czyny jego pomocników wobec tych owieczek są zgodne z głoszonymi zasadami. Stała weryfikacja funkcjonariuszy w sutannach działających na różnych szczeblach kościelnej organizacji jest nieodzowna i konieczne! Tymczasem Wojtyła nawet, gdy się dowiadywał, że coś zgrzyta w wielkiej machinie kościoła, to nie chciał się tym w ogóle zająć. Taką negatywną postawę Wojtyły przypomniał nawet papież Franciszek, który „stwierdził podczas jednej z improwizowanych konferencji prasowych na pokładzie samolotu, że jego polski poprzednik nakazał odłożyć sprawy nadużyć do archiwum”.

    Gdy autor tekstu stwierdza, że Wojtyła „Nie miał ambicji rządzenia kurią (watykańską), tylko chciał skupić się na tym, co robił najlepiej; na pielgrzymowaniu i głoszeniu Słowa”, to od razu rodzi się skojarzenie z jego rozpoczętą w młodości profesją aktora. Wojtyła w swym dorosłym życiu wcale nie wyzbył się nawyku grania roli aktora. Interesowały go tylko wielkie zgromadzenia i oklaski tłumów. Tylko dla tych oklasków starał się odgrywać i odgrywał swoją rolę tak, jak najlepiej potrafił. A potrafił dobrze, bo był bardzo dobrym aktorem! Nic bardziej go nie interesowało. Gdy kończył „dobre spotkanie z wiernymi”, to schodził ze sceny z uczuciem zadowolonego i szczęśliwego aktora. Nie miał więc ani potrzeby ani chęci dalszego zajmowania się skutkami głoszonego przez siebie „Słowa”! Czuł się po prostu spełnionym aktorem, który zrobił dobrze to, co do niego należało. Gdy kończył się „religijny spektakl” i Wojtyła schodził ze sceny, nic więcej i bardziej go nie interesowało jak to, gdzie i kiedy należy zrobić następny spektakl na „chwałę Bogu” i dla własnej satysfakcji i sławy! Słusznie więc autor tekstu stawia pytanie, czy Wojtyła to rzeczywiście „Człowiek wielkiej skromności, który stał się twarzą wielu dzieł zbyt pompatycznych, zbyt bijących po oczach swoim przepychem, by nie nabrać wobec nich wątpliwości?”

    Roli aktora Wojtyła nigdy się nie wyzbył. Grał ją konsekwentnie do końca swego życia. Nawet ze swego umierania uczynił „przejmujący”, a raczej żenujący spektakl swego „odejścia do Pana”!

    Autor tekstu dziwi się, że Wojtyła „został zupełnie zapomniany w sferze myśli, która odgrywała w jego życiu centralną rolę. Dziś personalizm chrześcijański , do którego się odwoływał, jest zupełnie martwy na rodzimych uniwersyteckich areopagach. W ostatnim dziesięcioleciu nie powstała u nas żadna szeroko komentowana książka, która rozwijałaby papieskie idee. (…). Nie ma żadnego udanego przykładu przeniesienia nauczania papieskiego na kulturę, zarówno tę wysoką, jak i popkulturę. Jakby ten pontyfikat nie pozostawił żadnej spuścizny w sferze ludzkiej myśli. Jakby wszystkie te piękne papieskie słowa, wypowiedziane w przemówieniach i encyklikach, padły między chwasty i przez chwasty zostały zagłuszone”.

    Rzeczywiście, bardzo prawdziwe spostrzeżenie! Jednak nie ma się czego dziwić, że Wojtyła po swej śmierci został tak szybko zapomniany. Interesował i porywał tłumy jako genialny aktor, dopóki żył i celebrował swe spektakle. Uczestników przyciągały same spektakle, atrakcyjność ich oprawy i przebiegu, natomiast mniej lub wcale to, co głosił celebrant, bo nie przystawało to zupełnie do współczesnej rzeczywistości. Powtarzał bowiem i przypominał stare, zdyskredytowane przez życie „prawdy”, którym nie mogły i nie chciały się już podporządkować nawet najbardziej „wierne owieczki”. Dlatego teatr trwał i przyciągał widzów dopóty, dopóki żył jego aktor. Gdy zszedł ze sceny i umarł, szybko został zapomniany. Jest to los każdego nawet najgenialniejszego aktora, odtwórcy wypowiadającego cudze skostniałe już myśli i słowa. Tylko nieliczni nowatorzy są zapamiętani. Wojtyła do pozytywnych nowatorów Kościoła nie należał. Głosił i propagował wszystko to, co do współcześnie szybko zmieniającej się rzeczywistości już nie przystaje.

    Czy po wstrząsie, jakiego w polskim kościele musi niewątpliwie dokonać film-dokument „Tylko nie mów nikomu”, Wojtyła też zostanie obarczony współodpowiedzialnością za ochranianie księży przestępców seksualnych wobec dzieci oraz dołączony do plew, które należy oddzielić od ziarna? Czy będą chcieli go bronić ci, którzy tak tłumnie przychodzili na celebrowane przez Wojtyłę spektakle? LO

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.