„Prawdziwie, ten człowiek był Synem Bożym”?

W ostatnim wpisie w tej kategorii analizowałam wiarygodność źródeł niechrześcijańskich mówiących o Jezusie (dla zainteresowanych: WIARYGODNOŚĆ ŹRÓDEŁ O JEZUSIE CHRYSTUSIE. CZĘŚĆ I. ŹRÓDŁA NIECHRZEŚCIJAŃSKIE). Miała powstać część druga, mówiąca o źródłach chrześcijańskich i z pewnością za jakiś czas wrócę do tego tematu. Jednakże zbliżamy się do przeżywania najważniejszego czasu w Kościele – do Świętego Triduum Paschalnego, w którym będziemy wspominać wydarzenia, które na zawsze odmieniły losy świata. Oczy milionów katolików będą w tym tygodniu wpatrzone w jedną Osobę – Jezusa Chrystusa.

Mój Stwórca wyposażył mnie w umysł analityczny. Czasem odnoszę wrażenie, że jestem chodzącą maszyną, która wszystkie zjawiska pragnie rozpracować do najmniejszej śrubki. Moja droga do wiary była długa, kręta i wyboista. Ja nie z tych, co z rodzicami co niedziela siedzieli w pierwszej ławce w parafialnym kościele. Religijność w mojej rodzinie była, że się tak delikatnie wyrażę, dość specyficzna, choć nie mogę powiedzieć, że zupełnie jej nie było. Co niedziela rodzice kazali mi iść do kościoła, choć sami zaglądali tam przy okazji świąt Bożego Narodzenia, Wielkanocy, Bożego Ciała, ślubów, chrztów i pogrzebów. Nietrudno zgadnąć, jak to się dla mnie skończyło w wieku nastoletnim w kombinacji z alkoholizmem i przemocą w domu. Były okresy, w których chodziłam z przyzwyczajenia, były takie, w których nie chodziłam w ogóle. Była też jedna taka niedziela, kiedy moja biedna kochana babcia była święcie przekonana, że byłam na mszy, a ja w tym czasie sączyłam gin z tonikiem w sąsiedniej restauracji (nota bene, co bardzo znamienne, był to rejon kościoła, przy którym ładnych parę lat później studiowałam teologię 🙂 – kto z Gdyni, ten się domyśli, który to kościół i która restauracja w jego pobliżu gościła niepokorną przyszłą teolog :D).

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Otóż jako zbuntowany umysł analityczny miałam jednocześnie w głębi serca wielkie pragnienie Boga, ale aby Go odkryć, chciałam z całych sił sprawdzić, czy to wszystko, mówiąc kolokwialnie, „trzyma się kupy”. Pływając gdzieś na obrzeżach Kościoła, nawet wtedy, gdy jako nastolatka byłam we wspólnocie młodzieży franciszkańskiej, nigdy nie dotarłam na głębię. Właśnie dlatego podczas studiów teologicznych zakochałam się w Chrystusie i Kościele – dopiero tam wiele rzeczy się poukładało, wiele wyjaśniło. Tematy, które zaczynam tym przydługim wstępem, są dla mnie najważniejszymi tematami z działu teologii fundamentalnej. Są skałą i twierdzą, są podstawą podstaw.

Jak to możliwe, że od ponad dwóch tysięcy lat miliardy ludzi na świecie wierzyło i wierzy, że niepozorny syn cieśli z małej wioski w zapyziałej prowincji starożytnego Imperium Rzymskiego jest Synem Bożym, Mesjaszem, Zbawicielem ludzkości? Jak to się stało, że śmierć skazańca, jakich było wówczas tysiące, stała się początkiem czegoś nieopisywalnego słowami? Czy to wszystko nie jest bajką, mrzonką spragnionych sprawiedliwości biednych i poniżonych? Baśnią o wspaniałym królu – wyzwolicielu uciemiężonego ludu? Czy mamy podstawy, by naprawdę uwierzyć w to, co będziemy wspominać za parę dni – że oto Syn Boga, mający tę samą naturę, co istniejący od zawsze Bóg – Stworzyciel Wszechrzeczy, stawszy się człowiekiem, zatrząsł posadami tego świata w odległej judzkiej krainie a po haniebnej śmierci zmartwychwstał i wciąż żyje zasiadając po prawicy Ojca jako prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek jednocześnie? Ten czas refleksji niech nas wszystkich doprowadzi do momentu, w którym staniemy przed Zmartwychwstałym i powtórzymy za świętym Tomaszem: „Pan mój i Bóg mój”. W obliczu tak wielkiej tajemnicy można jedynie w niemym zachwycie zgiąć kolana i paść na nie z trwogą i drżeniem. Bo jeśli On naprawdę zmartwychwstał, to…

Boska tożsamość osoby Jezusa Chrystusa w Jego relacji do Ojca i w tajemnicach ziemskiego życia

Pojawił się niemalże znikąd, choć jakieś dziwne rzeczy działy się ostatnio w Judei i okolicach Jordanu. Dawno nie słyszano o takim przypadku (o ile w ogóle taki kiedykolwiek się zdarzył), że arcykapłan po wejściu do Najświętszego ze Świętych stracił mowę i odzyskał ją po narodzinach pierworodnego syna. Z tym synem to też ciekawa historia. Pisma mówią co prawda o sytuacjach, gdy stara niepłodna kobieta doczekała się potomstwa od Pana (jak Sara czy Anna, matka Samuela), ale w tych czasach takich dziwów nie widziano. Młody Jan zamiast wspomagać rodziców w starości, jak Tora nakazuje, wybrał życie pustelniczego dziwaka – ubrał się w skóry z wielbłąda, jadł szarańczę i nie pił wina. No tak, mamy tradycję Nazirejczyków, takich jak legendarny Samson, lecz ostatnio takich też ze świecą szukać. Potem przyszedł nad Jordan i zaczął moczyć w nim ludzi, że to niby na odpuszczenie grzechów i majaczył coś o większym od niego, który przyjdzie chrzcić Duchem Świętym i ogniem. Sporo uczniów do niego przyszło, tłumy leciały nad Jordan, jakieś ogólne poruszenie zapanowało w okolicy. Rzymianie trzymali nad nami bicz, atmosfera była napięta, faktycznie brakowało nam do szczęścia  tylko jakiegoś kolejnego pseudo-mesjasza, który wywoła kolejne zamieszki. Mało to już ukrzyżowanych na Miejscu Czaszki naszych braci? Sam się prosił o kłopoty.

I wtedy faktycznie przyszedł nad Jordan niejaki Jeszua z Nazaretu. Jan zareagował dość nietypowo, wykłócał się z nim przy rzece, nie chciał go ochrzcić, choć tamten nalegał. Gdy Jan zanurzył Jeszuę w wodzie, nagle coś zagrzmiało, tak jakby burza się zbliżała, choć niebo było bezchmurne. Wielki promień słońca spłynął wprost na nich dwóch a w nim coś jakby gołębica, ale skąd ona się tam wzięła? Stałem dość daleko. Ci, którzy byli bliżej, twierdzili później, że ten grzmot brzmiał jakby słowa z nieba – coś o umiłowanym synu. Wtedy pomyślałem, że od gorąca ludziom miesza się w głowie, ale postać tego dziwnego mężczyzny zaintrygowała mnie. Postanowiłem poobserwować, co będzie się dalej działo.

Potem gdzieś zniknął na czterdzieści dni. Mówili, że poszedł na pustynię, by pościć jak Jan. Niektórzy twierdzili, że działy się z nim różne dziwne rzeczy w tym czasie. Ktoś zarzekał się, że widział w tym rejonie aniołów. Znów pomyślałem, że naprawdę to lato jest zbyt upalne, nawet jak na naszą wytrzymałość. Gdy wrócił, postanowiłem posłuchać, co sam o sobie ma do powiedzenia, za kogo się uważa.

Świadomość funkcyjna – mesjańska, prorocza i genetyczna Jezusa oraz niepowtarzalny styl działalności nauczycielskiej i nowość nauczania

Zaczął chodzić od miasteczka do miasteczka, od wsi do wsi. Dziwne to było nauczanie. Jakieś takie nowe – z siłą i mocą. Wszyscy nauczyciele, o jakich słyszałem, gromadzili wokół siebie uczniów, którzy do nich się zgłaszali po nauki. Ten zaś przyszedł nad jezioro i zgarnął kilku prostych rybaków. Potem wziął do siebie celnika. Zamiast nauczać w jednym miejscu, on chodził z uczniami po całym kraju. Spośród wielu, którzy za nim szli, upodobał sobie dwunastu i wymagał od nich, by zostawili grzebanie najbliższych. Wzywał ich do tego, by kochali go mocniej niż żonę, dzieci, ojca, matkę i wszystkich krewnych. A oni szli, nie rezygnowali. Ostrzegał, że czeka ich krzyż. Zastanawiałem się wówczas, jaką zbrodnię zamierzał popełnić, bo przecież na krzyżu wiesza się najgorszych złoczyńców. A on wciąż i wciąż powtarzał, że będzie ukrzyżowany. Co wyjątkowo dziwne i gorszące, szły za nim również kobiety. One także słuchały jego nauk. Kobieta??? U nauczyciela Tory? Oburzające! Chociaż, zaraz zaraz – on nie nauczał Tory, on się za nią uważał, głosił siebie samego jako źródło Prawa.

Ewidentnie uważał się za oczekiwanego Mesjasza, choć ponoć nie lubił, gdy go tak nazywano. Krążyła plotka, że pierwszy nazwał go Mesjaszem, Synem Bożym, jeden z jego uczniów, a Jeszua przyznał mu rację i nadał mu nowe imię. Dziwne – w Pismach nowe imię człowiekowi nadawał tylko Pan. W innej sytuacji, gdy usłyszał, że nazwano go Mesjaszem, zabronił o tym komukolwiek mówić. Potwierdził to jednak później przed Piłatem. Mówił, że tam, gdzie on jest, tam jest Królestwo Boże. Dawał wyraźnie do zrozumienia, że przez niego Bóg rozpoczyna swoje panowanie w świecie. Twierdził, że ludzie osiągną zbawienie jedynie wtedy, gdy wybiorą właśnie jego jako jedyną i najwyższą wartość w życiu i na nim będą budować swoje postępowanie.

Bardziej od tytułu Mesjasza, lubił sam siebie określać Synem Człowieczym. Dziwnie to brzmiało, bo kiedy używał tego określenia, zawsze mówił o sobie w trzeciej osobie. Robił to nawiązując do wizji naszego proroka Daniela oraz największego z proroków – Izajasza, w kontekście cierpiącego Sługi Pana. Mówił, że jest tym, który przyszedł jako człowiek, tym, który będzie cierpiał i tym, na którego będą zstępować aniołowie w Dniu Pańskim. Mówił, że zmartwychwstanie a potem przyjdzie na obłokach – tak, jak przepowiadał Daniel – i zobaczą go siedzącego po prawicy Wszechmocnego. Będzie wówczas sędzią całego świata i ludzkości.

Uważał się za proroka, który umrze, jak inni prorocy, w Jerozolimie. Mówił, że został posłany przez Boga, swojego Ojca, aby ratować tych, którzy zginęli. Było to intrygujące, bo zazwyczaj spędzał czas z grzesznikami, celnikami, cudzołożnicami. Wielu pod jego wpływem zmieniło swoje życie. Jedną taką uratował od ukamienowania. Jawnie sprzeciwiał się chyba wszystkim prawom szabatu, czym wzbudzał wielkie oburzenie. Ba! On się uważał za pana szabatu. Niewątpliwie miał zdolności prorockie, temu zaprzeczyć nie można. Widział ludzi na odległość (biedny, zszokowany Natanael rozpowiadał wszędzie, że Jeszua widział go w takiej sytuacji, w której nie miał prawa normalnie go widzieć, pod jakimś drzewem), rozpoznawał, co ludzie mają w sercach, rozszyfrowywał intrygi faryzeuszy. Faktycznie trzy razy przepowiedział swoją śmierć i zdradę tego ucznia, który wcześniej nazwał go Mesjaszem. Nauczał jak prorok i zachowywał się jak prorok, a jednak wszyscy mieli wrażenie, że jest kimś więcej. Trudno było określić dokładnie kim, bo nie mieściło się w głowach ludzkich to, co mówił o swoim rzekomym pochodzeniu.

Wszyscy wiedzieli, że jest synem cieśli z Nazaretu, bo takie wieści szybko do nas dotarły z Galilei. On jednak temu niejako zaprzeczał. Twierdził bowiem, że jest prawdziwym Synem Boga i jest z nim jednością. To było jawne bluźnierstwo. Mimo gróźb kierowanych pod jego adresem, on uparcie stawiał siebie w miejsce Stwórcy. Z wielkim przekonaniem i mocą ustanowił siebie najwyższym prawodawcą i panem szabatu. Publicznie odpuszczał ludziom grzechy i razem z tym czynił wielkie cuda. Twierdził, że jest najwyższym sędzią i jedyną normą moralności. Stawiał siebie ponad innymi – nawet ponad największymi naszymi świętościami. Mówił, że jest kimś więcej niż Salomon. Twierdził, że był wcześniej od naszego ojca Abrahama. Stawiał się wyżej niż Mojżesz, aniołowie i świątynia. Odcinał się od grzeszności ludzkiej, a jednocześnie odpuszczał ludziom ich grzechy. Nie utożsamiał się z nami – mówił do Boga jak do tatusia i rozróżniał między Ojcem naszym a jego Ojcem, choć wiadomo było, że mówi o Bogu Jedynym. Twierdził, że jest jednością z Ojcem.

Jego nauczanie wszystkimi mocno wstrząsnęło. On naprawdę nie nauczał Tory. To, co głosił, było zupełnie inne, choć na Prawie Bożym niewątpliwie się opierał. Dużo mówił o Królestwie Bożym. W Pismach owszem, jest o nim trochę, ale to chyba zawsze było jasne, że Bóg Jedyny panuje w swoim narodzie i całym stworzeniu a na końcu czasów nastanie pełnia Jego Królestwa. Ale przecież to jeszcze nie był Dzień Pański, a Jeszua głosił, że Królestwo Boże właśnie w nim się rozpoczęło. Mówił o nim w wielu dziwnych przypowieściach – żaden nauczyciel tak nie opowiadał, jak on. Sporo ludzi nie rozumiało, o co mu chodzi. Opowiadał o perłach, zaczynie mąki, godach weselnych, pracownikach winnicy. Groził faryzeuszom, że Królestwo zostanie im zabrane! Im? Tym, którzy najdoskonalej wypełniali każde z Praw, które przekazał nam Mojżesz? Wspominał też o Królestwie, gdy dokonywał naprawdę spektakularnych cudów – uzdrowień, wskrzeszeń, gdy wypędzał złe duchy z wielu opętanych. Raz, w Nazarecie, wprost powiedział o tym komentując proroctwo Izajasza. Mało go wtedy nie zabili.

W nauczaniu moralnym był ekstremalnie rygorystyczny, ale w inny sposób niż pozostali nauczyciele. Nie porównywał się zresztą do nich, tylko stawiał siebie w kontrze do samej Tory! Śmiał podważyć dziesięcioro przykazań – w sumie to im nie zaprzeczył, ale rozszerzył do strasznych rozmiarów – gniew przyrównał do zabójstwa a pożądliwe spojrzenie na kobietę do cudzołóstwa. Zabraniał też oddalać żonę, co wielu bardzo zirytowało. Mówił o początkach stworzenia, o Adamie i Ewie, a przecież Mojżesz nam pozwolił się rozwieść, gdy znajdziemy w żonie coś obrzydliwego. To nauczanie było bardzo trudne. Wielu odeszło, nie wytrzymali. Mało tego, Jeszua kazał nam kochać nieprzyjaciół, a jako przykład miłości bliźniego podał Samarytanina. Przecież to nie do pomyślenia. A jednak nauczał z taką mocą, że nie sposób było nie przyznać mu racji, gdy sięgał ponad Prawo – do głębi naszych serc i nerek.

Wyjątkowa relacja Jezusa do Ojca

Wspomniałem już, że Jeszua twierdził, że jego prawdziwym ojcem jest sam Pan Zastępów. Jakież to było bluźnierstwo. Co ciekawe, on doskonale wiedział, co mu za to grozi, a mimo to wielokrotnie mówił o sobie, że jest jednością z Ojcem. My zresztą Boga rzadko tak nazywaliśmy. Nie mieliśmy tyle śmiałości. Mówił o Bogu Abba, tak, jak u nas małe dzieci mówią o swoich tatusiach. Tak, jakby miał z Panem bardzo bliską, intymną relację. Gdy mówił o sobie w stosunku do Boga, to mówił „Ojciec mój”, a gdy nauczał uczniów, jak mają się modlić, to przykazał im, aby się do niego zwracali „Ojcze nasz”.

To jednak, co najbardziej wszystkich zbulwersowało, to fakt, że sam siebie nazywał imieniem Boga, którego nie wolno nam było wymawiać. Zacytuję (Panie przebacz!): „Jeżeli nie uwierzycie, że JA JESTEM, pomrzecie w grzechach waszych”, „Zanim Abraham stał się, JA JESTEM” i „Już teraz, zanim to się stanie, mówię wam, abyście gdy się stanie uwierzyli, że JA JESTEM”. To spisał Jan, jego najmłodszy uczeń. Ponoć także był świadkiem pojmania Jeszuy w ogrodzie, gdzie na stwierdzenie „JA JESTEM” strażnicy upadli na ziemię. Niektórzy twierdzili, że Jan sobie to wszystko wymyślił, ale inni jego uczniowie – Mateusz i Marek również o takich zdarzeniach wspomnieli. Pierwszy, gdy opisywał scenę chodzenia po jeziorze („odwagi, nie bójcie się, JA JESTEM”), drugi zaś przy opisie rozmowy z najwyższym kapłanem.

Używał też Jeszua stwierdzenia „Ja jestem” w kontekście symbolicznym, gdy mówił o sobie jako o chlebie żywym, światłości świata, bramie owiec, dobrym pasterzu, zmartwychwstaniu i życiu, krzewie winnym. Sam o sobie twierdził, że jest drogą, prawdą i życiem. Mówił też, że ludzie będą go jedli i pili jego krew, by mieć w sobie życie. Sporo z słuchających go ludzi zastanawiało się, czy jest oszustem, czy zwyczajnie zwariował.

Personalistyczna świadomość motywacyjna Jezusa

Jego osobowość zastanawiała wielu. Stąd nie za bardzo wiadomo było, jak można by udowodnić jego oszustwo lub chorobę psychiczną. Przyciągał do siebie tłumy, lgnęły do niego dzieci.

Pod względem etycznym ciężko byłoby mu cokolwiek zarzucić. Bez wątpienia człowiek ten nie miał na sumieniu żadnego grzechu. Zawsze był prawdomówny i szczery. Posłuszny Bogu, jak każdy prorok. Widać było, że bardzo kocha Boga, mimo dziwnych rzeczy, które mówił i czynił. Uczył ludzi tej miłości. Sam wielokrotnie spędzał całe noce na modlitwie. Nie mógł być oszustem, mimo, że był kontrowersyjny. Gdyby wszystko to było fikcją, czy wówczas nie zacząłby się bronić w obliczu czekającej go śmierci? Mógł jednym zdaniem przyznać się do maskarady i ukorzyć przed Sanhedrynem, a jednak tego nie zrobił.

Czy był chory psychicznie? To też nie jest prawdopodobne. Nauczał dziwnie, lecz zawsze jasno i klarownie. Odpowiadał logicznie na wszystkie zadane mu pytania. Zdumiewał mądrością już w wieku 12 lat (o jego wizycie w świątyni długo mówiło się w kręgach kapłańskich i nauczycielskich). Znał doskonale Pisma, myślał i mówił przejrzyście, choć nie zawsze w pełni ludzie rozumieli głębszy sens jego wypowiedzi. Zachowywał się racjonalnie i adekwatnie do sytuacji. Czuł i przeżywał jak każdy inny człowiek, a jednak był od nas inny.

 

 

Wszystko to, co robił i mówił doprowadziło go do procesu, na którym Piłat skazał go na śmierć. Tuż przed wyrokiem uciekłem z Jerozolimy, bo byłem jednym z tych, którzy za nim chodzili i bałem się, by i mnie nie postawiono przed sądem. Ponoć skazano go na śmierć i ukrzyżowano, ale tego już na własne oczy nie zobaczyłem. Słyszałem później opowieści o dziwnych wydarzeniach, które ponoć miały miejsce podczas jego śmierci oraz historie o jego zmartwychwstaniu. Czy rzeczywiście mógł zmartwychwstać? Czy naprawdę był tym, za kogo się podawał? Czy był Synem Boga, obiecywanym Mesjaszem? Tak, mógł nim być. Boję się jednak w to uwierzyć, bo gdybym naprawdę to przyjął, musiałbym zmienić całe moje życie. Oznaczałoby to, że wszystko, czego nauczał i co robił, było prawdą. Czuję, że tak jest, ale trudna jest ta nauka, któż ją może pojąć…

 

 

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.